Majster Bieda

Skąd przychodził, kto go znał,
kto mu rękę podał, kiedy
nad rowem siadał, wyjmował chleb,
serem przekładał i dzielił się z psem.
Tyle wszystkiego, co z sobą miał
Majster Bieda

Czapkę z głowy ściągał, gdy
wiatr gałęzie chylił drzewom
Śmiał się do słońca, śpiewał do gwiazd
Drogę bez końca, co przed nim szła
znał jak pięć palców, jak szeląg zły
Majster Bieda

Nikt nie pytał, skąd się wziął,
gdy do ognia się przysiadał.
Wtulał się w krąg ciepła jak w kożuch -
znużony drogą wędrowiec boży
Zasypiał długo gapiąc się w noc
Majster Bieda

Aż nastąpił taki rok,
smutny rok - tak widać trzeba...
Nie przyszedł Bieda zieloną wiosną
miejsce, gdzie siadał, zielskiem zarosło
i choć niejeden wytężał wzrok,
choć lato pustym gościńcem przeszło,
z rudymi liśćmi - jesieni schedą -
wiatrem niesiony popłynął w przeszłość
Majster Bieda


Dużo palę ostatnio
a braknie
i po cudze chętnie sięgnę ręką
i myślę dużo myślę
choć myśli
nie zawsze są dobre i piękne
i brakuje mi w sobie
tej siły
ktorej braku nie dostrzegałem nigdy
by odrożnić racje
tych co są
od racji tych ktorzy byli
wczoraj było i jest
bo tkwi we mnie
i niech będzie choć jutro lecz ze mną
bo to wczoraj jest ważniejsze niż jutro niepewne
i siedzimy przy stole
ot tak
święto po co gdy starczy bania
i mowimy mowimy
choć
słowa tylko składają się
w zdania...